» » Członkowie Koła Wspinaczkowego WAT na najwyższym szczycie Kaukazu!

Członkowie Koła Wspinaczkowego WAT na najwyższym szczycie Kaukazu!

wpis w: SWF | 0

14 lip­ca o godzi­nie 6:50 czte­rech pod­cho­rą­żych Woj­sko­wej Aka­de­mii Tech­nicz­nej sta­nę­ło na szczy­cie naj­wyż­sze­go szczy­tu Kau­ka­zu – Elbru­su (5642 m n.p.m.). Jest to naj­wyż­szy szczyt w ich dorob­ku, a zara­zem pierw­szy wcho­dzą­cy w skład Koro­ny Zie­mi (sie­dem naj­wyż­szych szczy­tów każ­de­go kon­ty­nen­tu). Na szczy­cie sta­nął zespół, w skład któ­re­go wcho­dzi­li: Patryk POPŁONYK, Prze­my­sław PASEK, Kac­per PIWOWARSKI oraz Szy­mon BOREJZA.

Swo­ją wypra­wę roz­po­czę­li­śmy 9 lip­ca lotem do gru­ziń­skie­go Kuta­isi, skąd musie­li­śmy prze­do­stać się pod Elbrus. Pierw­szy etap podró­ży zakoń­czy­li­śmy u stóp dru­gie­go z kau­ka­skich gigan­tów – Kazbe­ku (5054 m n.p.m.), któ­ry zdo­by­li­śmy dokład­nie rok wcze­śniej. Podzi­wia­jąc z tęt­nią­cej życiem wio­ski Kazbe­gi, jak zwy­kle spo­wi­ty chmu­ra­mi oraz wzno­szo­nym przez wiatr śnie­giem, szczyt tej samot­nie sto­ją­cej góry, mogli­śmy doku­pić dodat­ko­we jedze­nie oraz gaz do kuche­nek. Z same­go rana kolej­ne­go dnia prze­kro­czy­li­śmy gra­ni­cę gru­ziń­sko – rosyj­ską i dotar­li­śmy do wio­ski Azau (2400 m n.p.m.) leżą­cej u stóp Elbru­su. Nie­ste­ty, admi­ni­stra­cja rosyj­ska i obo­wiąz­ko­wa reje­stra­cja w miej­scu poby­tu przy­spo­rzy­ła nam spo­ro kło­po­tów i swo­je wyj­ście w góry mogli­śmy zacząć dopie­ro ran­kiem 11 lip­ca.

Z same­go rana, zarzu­ci­li­śmy na ple­cy ważą­ce po 25 kg ple­ca­ki i ruszy­li­śmy w górę. Po kil­ku godzi­nach mar­szu, osią­gnę­li­śmy zakła­da­ną przez nas wyso­kość 3500 m n.p.m. Szu­ka­jąc odpo­wied­nie­go miej­sca na roz­bi­cie namio­tów i spę­dze­nia pierw­szej nocy musie­li­śmy podejść jesz­cze wyżej, osta­tecz­nie noc spę­dzi­li­śmy na wyso­ko­ści 3650 m n.p.m. Cały wie­czór spę­dzi­li­śmy odpo­wied­nio osła­nia­jąc nasze namio­ty przed dość sil­nie wie­ją­cym wia­trem, by w mia­rę moż­li­wie jak naj­bar­dziej kom­for­to­wych warun­kach spę­dzić noc. Po odpo­wied­nim przy­go­to­wa­niu obo­zo­wi­ska posta­no­wi­li­śmy podejść jesz­cze tro­chę wyżej (na wyso­kość 3900 m n.p.m.), by moż­li­wie jak naj­le­piej wyko­rzy­stać ład­ną pogo­dę i oka­zję do akli­ma­ty­za­cji. Po powro­cie szyb­ka kola­cja i zasłu­żo­ny odpo­czy­nek. W środ­ku nocy obu­dzi­ła nas sza­le­ją­ca nad nami gwał­tow­na burza (kolej­ne­go dnia każ­dy z nas przy­znał, że nigdy wcze­śniej nie prze­żył nicze­go bar­dziej stre­su­ją­ce­go w górach). Po nie­prze­spa­nej nocy, wychy­la­jąc się z namio­tów zauwa­ży­li­śmy, że spa­dło kil­ka cen­ty­me­trów śnie­gu, a mgła i wciąż pada­ją­cy śnieg ogra­ni­cza widocz­ność do zale­d­wie kil­ku metrów. Nie pozo­sta­ło nam nic inne­go niż cze­kać na popra­wę  pogo­dy. Koło połu­dnia ruszy­li­śmy w dal­szą dro­gę. Osią­gnę­li­śmy wyso­kość 3950 m n.p.m. i zda­li­śmy sobie spra­wę, że cał­kiem nie­źle wyglą­da­ją­ce miej­sce pod roz­bi­cie namio­tów na kolej­ną noc zosta­ło kom­plet­nie zasy­pa­ne przez pada­ją­cy śnieg. Mimo utrzy­mu­ją­cej się bar­dzo sła­bej widocz­no­ści posta­no­wi­li­śmy zary­zy­ko­wać i wspiąć się na wyso­kość 4100 m n.p.m., na któ­rej znaj­do­wał się schron – Priut 11. Znaj­du­jąc schro­nie­nie w godzi­nach wie­czor­nych mogli­śmy wresz­cie odpo­cząć. Następ­ne­go dnia nadal utrzy­my­wa­ła się dość sła­ba pogo­da. Mimo wszyst­ko czu­li­śmy się dobrze i posta­no­wi­li­śmy wyjść na akli­ma­ty­za­cję. Pla­no­wa­li­śmy dojść do Skał Pastu­cho­wa na wyso­kość oko­ło 4600 m n.p.m. Korzy­sta­jąc z prze­tar­te­go przez inne gru­py szla­ku cał­kiem spraw­nie osią­gnę­li­śmy zakła­da­ną wyso­kość, więc uzna­li­śmy że war­to podejść jesz­cze tro­chę wyżej. Sto­jąc na stro­mym zbo­czu, we mgle, ude­rza­ni co chwi­la przez zamar­z­nię­te krysz­tał­ki lodu spę­dzi­li­śmy kil­ka­na­ście minut aby jak naj­le­piej wyko­rzy­stać zdo­by­tą wyso­kość. Po powro­cie do schro­nu i spraw­dze­niu pogo­dy na kolej­ne dni, wspól­nie pod­ję­li­śmy decy­zję, że w nocy posta­ra­my się zaata­ko­wać szczyt, a w razie pogor­sze­nia pogo­dy lub osłab­nię­cia będzie­my mie­li za sobą kolej­ne wyj­ście akli­ma­ty­za­cyj­ne. Szyb­kie prze­pa­ko­wa­nie ple­ca­ków, naszy­ko­wa­nie nie­zbęd­nych rze­czy do ata­ku szczy­to­we­go, wrzu­ce­nie do śpi­wo­rów ręka­wi­czek, skar­pe­tek, koszu­lek, bluz, cza­pek i spodni (bo prze­cież o wie­le przy­jem­niej zakła­dać cie­płe ubra­nia) i pró­ba wyko­rzy­sta­nia paru godzin na odpo­czy­nek i odro­bi­nę snu.

14 lip­ca o godzi­nie 1 w nocy byli­śmy już goto­wi do wyj­ścia. Cze­ka­ło na nas 1600 metrów prze­wyż­sze­nia. Po wyj­ściu na zewnątrz ujrze­li­śmy czy­ste, usia­ne gwiaz­da­mi nie­bo – czyż­by góra zechcia­ła nas wpu­ścić? Szyb­ko zorien­to­wa­li­śmy się, że wyszli­śmy jako ostat­ni zespół, inni byli już dość wyso­ko. Korzy­sta­jąc z prze­tar­te­go szla­ku, bar­dzo spraw­nie zdo­by­wa­li­śmy wyso­kość wyprze­dza­jąc kolej­ne zespo­ły. Po doj­ściu do Skał Pastu­cho­wa wspi­nacz­kę zaczął utrud­niać nam mróz, dodat­ko­wo wzma­ga­ny przez wdzie­ra­ją­cy się wszę­dzie sil­ny wiatr. Tem­pe­ra­tu­ra się­ga­ła ‑30 stop­ni Cel­sju­sza. Pierw­szy dłuż­szy postój na roz­grza­nie skost­nia­łych pal­ców u rąk i nóg oraz na łyk cie­płej her­ba­ty miał miej­sce przy punk­cie orien­ta­cyj­nym – zako­pa­nym ratra­ku na wyso­ko­ści oko­ło 5000 m n.p.m. Do tego miej­sca wwo­że­ni są ratra­ka­mi klien­ci. Tak też było tego dnia, kil­ka kur­su­ją­cych ratra­ków i na szla­ku poja­wi­ło się ponad 50 osób. Zosta­li­śmy zmu­sze­ni do cze­ka­nia w kolej­ce (choć od cza­su do cza­su uda­wa­ło się wyprze­dzić po kil­ka osób). Na szczę­ście pierw­sze pro­mie­nie wscho­dzą­ce­go słoń­ca zaczę­ły deli­kat­nie pod­no­sić tem­pe­ra­tu­rę. Na wyso­ko­ści oko­ło 5300 m n.p.m. wzno­si się ostat­nia prze­szko­da dzie­lą­ca nas przed sta­nię­ciem na szczy­cie. Jest to bar­dzo stro­ma, wzno­szą­ca się na 200 m ścia­na. U jej pod­nó­ża uda­ło nam się wyprze­dzić kolej­ne kil­ka­na­ście osób. Pod­cho­dząc stro­mym zbo­czem minę­li­śmy pozo­sta­łych wspi­na­czy. Do szczy­tu pro­wa­dzi­ło już tyl­ko kil­ka­set metrów pła­skie­go tere­nu. O godzi­nie 6:50 cza­su rosyj­skie­go (5:50 cza­su pol­skie­go) sta­nę­li­śmy na szczy­cie naj­wyż­szej góry Kau­ka­zu. Kil­ka pamiąt­ko­wych zdjęć i szyb­ki powrót z powo­du prze­ni­kli­we­go mro­zu i sil­ne­go wia­tru. Po przej­ściu przez naj­trud­niej­szy frag­ment dro­gi mogli­śmy sobie pozwo­lić na nie­co dłuż­szy odpo­czy­nek w pro­mie­niach upra­gnio­ne­go słoń­ca. Oko­ło godzi­ny 11 wró­ci­li­śmy bez­piecz­nie do schro­nu i uda­li­śmy się na zasłu­żo­ny odpo­czy­nek.

Autor rela­cji i zdjęć: Patryk POPŁONYK